opowieści z życia fe!misia
wtorek, 31 lipca 2007
Tych kierunków unikaj (albo sprzedawaj seks)

Przeczytałam dzisiaj, że psychologia jest kierunkiem najgorzej ocenianym przez pracodawców. Dlaczego? Bo podobno na te studia idą ludzie, którzy mają problemy ze sobą. Niezłe. Przygnębiona tym, że nie dane mi będzie zostać zatrudnioną przez idiotę, nadal bezmyślnie błądziłam po internecie, aż nagle... natrafiłam na coś, co ukazało mi ogrom możliwości zawodowych, jakie jednak przede mną stoją:

Wygląda niewinnie, prawda? Ot, zwykła seksistowska reklama, zakamuflowane lizanie jąder. A jednak... to coś o wiele, wiele więcej! Link prowadził do kursu uwodzenia, dzięki któremu można zmienić swoje życie. Jeśli jest się napalonym facetem hetero, oczywiście.

Twórcy kursu kuszą militarnymi metaforami...

Poznasz technikę cytatu NLS, która pozwoli Ci ominąć system obrony każdej kobiety. Będziemy kontynuować niwelowanie jej oporu względem Ciebie (...).

Roztaczają wizje nieograniczonej władzy nad kobietami...

Nauczysz się też wywołać w kobiecie dowolny stan psychofizyczny, od zaufania do silnego podniecenia, w trakcie zwykłej, codziennej rozmowy - tylko za pomocą słów.

Obiecują zredukowanie wszelkich przejawów indywidualności u potencjalnych partnerek:

Konieczność bycia z Tobą, w jakikolwiek wybrany przez Ciebie sposób, stanie się najważniejszą rzeczą w jej życiu.

W dodatku, to chyba jasne, absolwenci szkolenia będą podrywać ładne, półnagie laski, a nie brzydkie baby w rozciągniętych swetrach. Zostało to w uroczy sposób przedstawione na planszy:

Niezorientowanym podpowiadam: kobiety zakreślone na zielono - przeciętne baby, kobiety zakreślone na czerwono - fajne laski. Absolwenci kursu doceniają te możliwości, sądząc opiniach takich jak ta:

Dziękujemy ci NLSie za hojne obdarowanie nas świetnymi i seksownymi dziewczynami i za to, że dałeś nam możliwość korzystania ze wszystkich ich uroków, byśmy mogli zapomnieć o brzydkich kobietach, do dotykania których zmuszała nas dawniej sytuacja.

Wspaniały multimedialny pokaz seksizmu i przedmiotowego traktowania kobiet. Czyżby to była jakaś histeryczna obrona facetów, którzy w tym zmieniającym się świecie obawiają się utraty przywilejów i jedynym ratunkiem jest dla nich zredukowanie kobiet do roli maszynek bezmyślnie odpowiadających na bodźce? Na to wygląda.

A to wszystko dzięki tak pogardzanej dziedzinie, jaką jest psychologia:

Dajemy Ci technikę, sprawdzoną naukowo metodę, wynik wieloletnich badań psychologów (...).

Zatem zamiast przekonywać pracodawców o swoim zdrowiu psychicznym, mogłabym rzucić resztki etyki w kąt i zastanowić się nad jakimś dochodowym biznesem. Hm.
niedziela, 29 lipca 2007
LEGOsutra

Mój głos w sprawie edukacji seksualnej dla najmłodszych.

 
Więcej po kliknięciu w obrazek.
sobota, 28 lipca 2007
Profesjonalizm kampanii społecznych

Wszechobecne ostatnio billboardy kampanii "Mama w pracy" budzą we mnie ambiwalente odczucia. Uważam, że inicjatywy mające poprawić sytuację matek na rynku pracy są jak najbardziej potrzebne, wbrew wypowiedzi Sylwii Chutnik z Fundacji MaMa dla tygodnika "Przekrój", która mówi o tym, jakoby "(...) odpływ młodych do Irlandii sprawił, iż pracodawcy zobaczyli, że trzeba dbać także o doświadczoną ciężarną pracownicę, bo nie mam jej kim zastąpić. Trzeba raczej dać jej podwyżkę, by starczyło na nianię." Ciekawe o jakich pracownicach mówi Sylwia Chutnik, bo mam wrażenie, że odnosi się tylko do sytuacji warszawskich specjalistek z korporacji. Tak więc organizatorzy akcji "Mama w pracy" z pewnością postawili sobie cel szczytny i ważny społecznie, gorzej było niestety z pomysłem na jego osiągnięcie...

Do kogo te billboardy są skierowane? Do kobiet, które mają wpaść w depresję z powodu beznadziejnej sytuacji, w której się znajdą? A może do pracodawców? Jeżeli tak, to dlaczego niosą tak negatywny przekaz? Dlaczego nie ukazano matek jako efektywnych i potrzebnych pracodawcy pracowniczek? Nie oszukujmy się - pracodawca nie przedłuży matce umowy o pracę z powodu współczucia. Takie kampanie, jeśli mają być skuteczne, powinny mówić językiem korzyści. A ta przedstawia niestety przygnębione i udręczone kobiety, w dodatku w kontekście domowym. Halo, jeśli kobieta z pierwszego zdjęcia pracuje i nie decyduje się na dziecko, to skąd ta kuchnia w tle? Dlaczego zdjęcie wzbudza takie skojarzenia? Mam wrażenie, że organizatorom kampanii zabrakło pomysłu na spójny i skuteczny przekaz. No chyba, że chodziło im o przygnębianie kobiet i wzbudzanie litości pracodawców.

Ze strony kampanii "Mama w pracy" dowiadujemy się, że ma ona na celu informowanie o sytuacji matek w pracy. Stąd masa statystyk, takich jak: "Co szósta matka (16%) wracająca po urlopie macierzyńskim lub wychowawczym traci pracę." No dobrze - ale co z tego wynika? Jak zmienić tą sytuację? Jak przełamać stereotyp, wedle którego matki są kiepskimi pracowniczkami, myślącymi tylko o dziecku i nieustannie biorącymi dni wolne w celu opieki nad nim? Co proponuje ta kampania, oprócz statystyk i konkursu na firmę przyjazną matce? Czy choć trochę zmienia wizerunek matek na rynku pracy?

Podobnie nietrafiona jest wg mnie kampania PFRONu pt. "Pełnosprawni w pracy". Billboard ze zdjęciem mężczyzny na wózku trzymającym kartkę "szukam pracy" i podpisem "nie chcę od ciebie nic za darmo", sprawia (zapewne niezamierzenie), że niepełnosprawny kojarzy się jednak z żebrakiem. Co ciekawe, ten sam mężczyzna na wózku wystąpił w spocie reklamowym kampanii. Spot był naprawdę poruszający. Niestety cały efekt runął, kiedy się okazało, że zatrudniony do filmu reklamowego aktor to osoba pełnosprawna, bo, jak stwierdzili organizatorzy kampanii namawiającej do zatrudniania osób niepełnosprawnych, "zatrudnienie zdrowego człowieka jest tańsze i pracuje on wydajniej". Po prostu brak słów. Jak ich kampania ma być skuteczna, skoro pokazują, że sami nie wierzą w jej przekaz?

Nie wiem, może takie kampanie powstają głównie po to, żeby przejadać pieniądze Europejskiego Funduszu Społecznego...

Zdjęcia pochodzą ze strony Fundacji Świętego Mikołaja.
środa, 25 lipca 2007
Reaktywacja "Komiksowa"

Ostatnio odkryłam ciekawego bloga przedstawiającego prace dorosłych fanów LEGO i przypomiałam sobie o swoim dawnym hobby, jakim było budowanie z LEGO scenek (mniej lub bardziej) dotyczących feminizmu.

Podbudowana istnieniem społeczności dorosłych fanów LEGO (a więc nie jestem sama?! ;-)) wzięłam nawet ostatnio udział w konkursie, budując scenkę sportową (choć to zupełnie nie moja działka...) i naszła mnie ochota na reaktywację lego-feministycznej działalności. Tymczasem hippotam z klockowego bloxa natrafił na moje dawne prace i zachęca mnie do częstszego budowania.

A zatem "Komiksowo" powraca na tym blogu.

 

 
Z pozdrowieniami dla hippotama ;-)
 
wtorek, 24 lipca 2007
Wojna płci

W Gazecie Trójmiasto z dnia 19 lipca, w recenzji "Migotań Przejaśnień" nr 1/2 (14/15), Przemysław Gulda napisał:

"Redaktorzy pisma wytoczyli ciężkie działa - okładkę najnowszego numeru "Migotań Przejaśnień" zdobi groźnie wyglądający czołg. (...) ilustracja pomysłu na ten numer pisma: konfrontacji twórczości kobiecej i męskiej. Wojna to oczywiście tylko symboliczna - na szczęście pisma nie wypełniają pełne jadu teksty feministycznych i maskulinistycznych szowinistów, szczujących wszystkich na płeć przeciwną i poniewierających bezlitośnie wszystkich jej przedstawicieli. Wręcz przeciwnie - uważna lektura numeru przynosi - trudno dociec czy zamierzony przez redakcję, czy też po prostu zupełnie oczywisty - wniosek, że obie strony literatury, męska i kobieca, znakomicie się uzupełniają i jeśli nawet można tworzyć różnego rodzaju podziały w sztuce, to linia, którą wyznacza płeć nie służy temu najlepiej. Po damskiej stronie tego wydania "Migotan Przejaśnień" udało się zgromadzić teksty całej czołówki młodej trójmiejskiej literatury kobiecej - m.in. wiersze Barbary Piórkowskiej, esej Ewy Graczyk i felieton Moniki Milewskiej. Strona męska reprezentowana jest zarówno przez twórców o sporym dorobku literackim czy naukowym, m.in. Jerzego Limona i Władysława Zawistowskiego, ale także przez pisarzy dużo młodszych, np. Bartosza Jastrzębskiego."

Jedną z pierwszych rzeczy jaka się tu rzuca w oczy, jest stereotypowa wizja feminizmu, który polega wg Guldy na bezmyślnym i agresywnym poniewieraniu mężczyzn. Jego wizja jest tym zabawniejsza i absurdalna, że wśród autorek tego numeru znajdują się właśnie feministki. Jedna z wymienionych przez Guldę autorek, Ewa Graczyk, jest bodajże najbardziej znaną i aktywną przedstawicielką trójmiejskich feministek. Barbara Piórkowska także, z tego co mi wiadomo, sympatyzuje z ruchem feministycznym. Dlaczego więc Gulda obraża osoby o których pisze? Tak bardzo zaślepiony jest stereotypami? Gdzie spotkał te plujące jadem potwory?

Drugą irytującą rzeczą jest postulowanie przez Guldę odejścia od dzielenia literatury na męską i kobiecą, przy jednoczesnym stosowaniu się do tego podziału. Autorki, które wymienia, zajmują się "literaturą kobiecą", a autorzy po prostu "literaturą".

Z klasyfikacją autorów i autorek tego numeru wiążą się też inne poważne uchybienia. Dr hab. Ewa Graczyk jest wykładowczynią i badaczką litertury. Uznanie jej za przedstawicielkę "młodej trójmiejskiej literatury kobiecej" jest poważnym błędem. Podobnie zresztą jak zaliczenie do tej kategorii Moniki Milewskiej. Błąd ten jest tym bardziej rażący, że w kolejnym zdaniu Gulda pisze: "Strona męska reprezentowana jest zarówno przez twórców o sporym dorobku literackim czy naukowym, (...) ale także przez pisarzy dużo młodszych". Ta wypowiedź sugeruje, że strona kobieca nie jest reprezentowana przez osoby o znacznym dorobku naukowym, co jest oczywistą nieprawdą. Skąd to deprecjonowanie kobiecej twórczości? Dlaczego tylko w przypadku mężczyzn Gulda podkreśla ich naukowe dokonania, a w przypadku kobiet dobrze je ukrywa pod płaszczykiem "młodej kobiecej literatury"?

Omawiany numer "Migotań Przejaśnień" nosi tytuł "Wojna płci". Wydaje się jednak, że jedyną osobą bardzo zaangażowaną w tą wojnę jest Przemysław Gulda.

Z ostatniej chwili: Na mojego maila z prośbą o sprostowanie Przemysław Gulda odpowiedział, że przecież nie mógł określić Ewy Graczyk mianem przedstawicielki "literatury kobiecej wieku średniego". I jak tu wytłumaczyć, że nie chodzi o wiek?
niedziela, 22 lipca 2007
Femisiowa epidemia

Główna aktywność fe!misia nadal niestety wygląda tak:

fe!miś i chusteczki

PS. "Femiś" tudzież "femisia" to oczywście nie jest moja własna słowotwórcza inwencja, tylko pogardliwe w zamierzeniu określenie dla feministek autorstwa Gretkowskiej. Wychodzę jednak z założenia, że tego typu słowa należy odzyskiwać i przejmować. Co więcej, ostatnio nawet feministkom udało się w pewnym sensie odzyskać Gretkowską (co jednak zmienia się z miesiąca na miesiąc, a raczej z koniunktury na koniunkturę). ;-)

piątek, 20 lipca 2007
Nasza kochana służba zdrowia

Nasz pseudo-miesiąc-miodowy zaczęłam bólem gardła, który w ciągu tygodnia przerodził się w poważniejsze objawy (oszczędzę szczegółów). Dzisiaj wróciłam więc do Trójmiasta i od razu poszłam się zarejestrować do lekarza. W rejestracji powiedziano mi, że mojej lekarki nie ma, ale jeśli nie chcę czekać na wizytę przez cały weekend, to mogę zapisać się na siedemnastą do doktora G. Tak też zrobiłam i po kilku godzinach udałam się znowu do przychodni na umówioną wizytę. Oczywiście ustalona godzina to w naszych przychodniach fikcja. Z reguły i tak osoby zapisane na późniejsze terminy przychodzą wcześniej i robią chaos w kolejce. Tym razem zaś lekarz przyjął rzede mną dwie niezarejestrowane panie - jedna chciała recepty dla chorej cioci, która nie mogła sama przyjść, inna prosiła bez kolejki o jakieś skierowanie. W końcu jednak udało mi się dostać do gabinetu. Doktor G. spojrzał w moją kartę i powiedział:

- A co pani tu robi?! Nie jest pani moją pacjentką, nie muszę pani przyjmować! Zamiast tego mogę zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie.

Moje tłumaczenia, że kiedy byłam w przychodni rano, mojej lekarki nie było, więc zarejestrowano mnie do niego, poskutkowały jedynie tym, że dr G. zaczął dzwonić do rejestracji, aby potwierdzić moją wersję. Przez pięć minut nie udało mu się jednak dodzwonić, więc zostawił mnie i zszedł do rejestracji, aby zrobić aferę (jego krzyki słyszałam siedząc piętro wyżej w zakniętym gabinecie). Kiedy wrócił, oznajmił:

- Nie lubię, kiedy się mnie okłamuje! Nie było tu pani rano, zarejestrowała się pani dopiero o 12.30! Co pani sobie myśli, że będzie pani chodziła do przychodni tak, jak pani wygodnie, zamiast chodzić do swojego lekarza o wyznaczonej godzinie! Nie będzie pani rozporządzać moim czasem!

Szczerze mówiąc TAK, chcę przychodzić tak, jak mi wygodnie. I cóż w tym dziwnego. W tym jednak przypadku jego uwaga była nietrafiona. Wygodnie to by mi było zostać poza Trójmiastem i tam iść do lekarza, ale próby uzyskania bezpłatnej porady lekarskiej poza miejscem zamieszkania też już kiedyś przerabiałam i wiem, czym to grozi.

Cała afera trwała jakieś 15 minut. 15 minut udowadniania mi, że nie mam prawa skorzystać z opieki zdrowotnej. W tym czasie zdążyłby mnie zbadać, no, ale zasady są jak widać ważniejsze. W końcu przyjęła mnie dr pediatra, która była w recepcji świadkiem całej awantury.

*** 

Jakiś czas temu widziałam na którymś z blogów notkę na temat protestów pielęgniarek, pod którą rozwinęła się dyskusja o jakości świadczonej przez nich opieki. No właśnie... Czuję dysonans, oglądając w TV kreowane na anioły cierpliwości pielęgniarki i wspominając moje szpitalne przygody. Z reguły stykałam się raczej ze zniecierpliwionymi, opryskliwymi kobietami, które pomiatały pacjentami i pacjentkami, a ich intymność miały gdzieś. Podobnie było z lekarzami i lekarkami.

Staruszki na neurologii wołające o zaprowadzenie do toalety, personel medyczny wesoło komentujący poronienia, zero pytań na temat tego, czy pacjentka zgadza się na obecność studentów przy intymnym badaniu, obchód bezceremonialnie zaglądający pacjentce w majtki przy otwartych drzwiach na korytarz, sprawne pacjentki zmieniające unieruchomionym pacjentkom baseny (które inaczej pewnie leżałyby we własnym moczu godzinami), leki pozostawiane przez starszych pacjentów neurologii w stołówce (nikt nie sprawdzał, czy nie zapomnieli ich przyjąć), seksistowskie uwagi lekarzy w stosunku do pacjentek, bezmyślność i brak zainteresowania tym, jakich chorych ma się na odzdziale ("A ty czego nie odpowiadasz? Niemowa czy co?" - rzucone przez pielęgniarkę do... niemej dziewczynki). W ciągu ostatnich kilku lat wszystko to widziałam na własne oczy.

Zazwyczaj wolę zapłacić 100 złotych i iść do prywatnego lekarza (który musi być miły, bo inaczej straci pacjentów). Z państwowego ginekologa już dawno zrezygnowałam (ach, te kolejki od 5 rano pod przychodnią i toaleta na kluczyk na drugim końcu korytarza). Pewnie sporo osób tak właśnie sobie radzi. Tylko dlaczego jednocześnie muszą opłacać usługi, z których nie są zadowoleni? Tak, wiem, z powodu sprawiedliwości społecznej. Aaaa. Bynajmniej nie zmniejsza to mojego wylewu frustracji.

piątek, 13 lipca 2007
Bez literki "r"

 

 

 
1 , 2

Wolnościowa Toplista