opowieści z życia fe!misia
czwartek, 30 sierpnia 2007
Wyniki waginalnego testu :-)

Test został już zamknięty. Wzięły w nim udział 504 osoby. Niektórzy mylili ujście cewki moczowej z wejściem do pochwy, łechtaczkę z punktem G (och, gdyby naprawdę był tak łatwo dostępny! ;-)), a kapturek łechtaczki ze spojeniem łonowym, innym z kolei poszło bardzo dobrze. 10 osób uzyskało maksymalną liczbę punktów. Gratulacje. ;-)

A oto obiecane odpowiedzi:

1. Kapturek łechtaczki

2. Łechtaczka

3. Wargi sromowe mniejsze

4. Ujście cewki moczowej

5. Punkt G

6. Wejście do pochwy

7. Wargi sromowe większe

8. Łechtaczka posiada dwa podłużne ciała gąbczaste, które otaczają waginę
To prawda. Polecam ten ciekawy schemat. :-)

9. Łechtaczka jest zdolna do wzwodu.
Prawda. Łechtaczka zbudowana jest z ciał gąbczastych, które występują także w penisie.

10. Błona dziewicza zanika całkowicie podczas pierwszego stosunku waginalnego.
To oczywiście fałsz, choć niektórzy mieli wątpliwości. ;-)

11. Wargi sromowe większe są odpowiednikiem moszny ze względu na pochodzenie tkanki.
Prawda. Więcej o homologicznych strukturach można przeczytać tutaj.

 

Pacynka tak naprawdę nazywa się Vulva Puppet i została uszyta przez kobiety w Peru. Można ją kupić (w wersji maxi i mini) przez internet za pośrednictwem strony House O'Chicks. Ja dostałam swoją od znajomej, która przywiozła ją z konferencji seksuologicznej. 

00:39, m-a-g-a , INNE
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Matka Polka w pracy

Miesiąc temu pisałam o kampanii "Mama w pracy", której billboardy zachęcają (?) do zatrudniania matek ukazując zdjęcia przygnębionych, przebywających w domu kobiet. Pomysłem organizatorów było chyba wzbudzanie litości, bo żaden konstruktywny przekaz z tych plakatów nie płynie.

Ostatnio widziałam z kolei billboardy projektu "Między rodziną a pracą - godzenie ról społecznych i zawodowych kobiet" Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.

Na billboardzie akcji widnieje hasło "Mamy mogą więcej!". Jak widać, będąc matką można być tylko gorszą albo lepszą pracowniczką. Równość jeszcze mało komu przychodzi do głowy. Ale nie o tym chciałam pisać. Otóż na plakacie widnieje oczywiście zdjęcie zmęczonej i przygnębionej kobiety, mimo iż przekaz ma być podobno pozytywny, ukazujący matki jako efektywne pracowniczki.
 

Czy jakaś kampania społeczna umknie wreszcie schematowi udręczonej Matki Polki?

11:59, m-a-g-a , INNE
Link Komentarze (9) »
niedziela, 26 sierpnia 2007
Podróże kształcą

Doszłam już do siebie, więc powracam do obiecanych drastycznych szczegółów powrotu z wakacji.

Zaczęło się niewinnie. Około trzygodzinna podróż na lotnisko minęła szybko i bez sensacji. Na miejscu byliśmy tuż po północy.

W zatłoczonej poczekalni siedzieliśmy pomiędzy kolesiem o śmierdzących nogach (mmm, nie ma to jak adidasy zdjęte po długiej podróży...), a dziewczyną, która była tak miła, że dzieliła się z resztą podróżnych rąbanką ze swojego odtwarzacza mp3. Po pierwszej w nocy, kiedy zaczęliśmy już popadać w letarg, obsługa lotniska zaczęła wypraszać wszystkich do poczekalni po drugiej stronie ulicy, bo hala, w której siedzieliśmy, miała właśnie być sprzątana. Akurat przed trzecią zdążyliśmy przysnąć, kiedy druga poczekalnia doczekała się sprzątania i musieliśmy wrócić do pierwszej hali. Znaleźliśmy tam sobie super wnękę i kiedy koło czwartej znowu udało nam się zasnąć, obsługa lotniska zaczęła chodzić w kółko i wszystkich budzić, bo od godziny czwartej na lotnisku nie wolno już leżeć i spać. Trzeba siedzieć. Oczywiście na ziemi, gdyż niewygodnych ławeczek nie wystarczyło dla wszystkich. I tak doczekaliśmy do odprawy, która zaczynała się o szóstej. Czy naprawdę tak trudno jest urządzić wygodną poczekalnię i wprowadzić jakieś jasne zasady?

Lot nie dostarczył nam przykrych niespodzianek. No, może jedynie lądowanie w Katowicach było szokiem estetycznym.

Na dworcu w Katowicach spotkaliśmy wielu obcokrajowców, którzy usiłowali kupić bilety. Nie było to proste. Stojąca niedaleko nas młoda dziewczyna prosiła o bilet do "Warsaw". Pani w kasie bezradnie kręciła głową. "Nie rozumiem o co Pani chodzi, proszę mi to zapisać" - mówiła powoli i wyraźnie. "Warsaw, the capital of Poland" - podpowiedziała dziewczyna. "Niestety, nie wiem jakie to miasto, proszę mi to zapisać" - powtarzała zniecierpliwiona kasjerka. I to wszystko w dużym mieście, niedaleko międzynarodowego lotniska.

Podróż z Katowic do Warszawy spędziliśmy w przedziale z gburowatym księdzem. I nie był to bynajmniej jedyny luksus w tym pociągu. Drzwi do przedziału były bowiem super nowoczesne, a mianowicie wahadłowe. Jak by się je rozbujało, to dotykałyby przeciwległej ściany korytarza.

W Warszawie czekaliśmy kilkadziesiąt minut na opóźniony pociąg do trójmiasta. Kiedy wreszcie przyjechał, weszliśmy do naszego przedziału, w którym siedziało już pięć osób. Razem z nami wszedł chłopak wiozący obraz. Niestety, ani my nie mogliśmy nigdzie położyć naszych plecaków, ani on nie znalazł miejsca na obraz, bo wszystkie półki były już zajęte. Miejsca pod siedzeniami także były zajęte. Przez jedną osobę, która wykupiła cztery bilety za nadbagaż. Była to Ukrainka, która transportowała zwoje materiałów, prawdopodobnie na handel.

Przedział wyglądał mniej więcej tak:

Kiedy chłopak z obrazem chciał położyć swój pakunek na torbie Ukrainki, ta spokojnie odpowiedziała:

- Pan na to nie kładzie, jak ta torba spadnie, to może zabić. Od Przemyśla już trzy razy nam spadała.

Konduktorzy, proszeni o udostępnienie miejsca na torby innych pasażerów w przedziale do przesyłek, stwierdzili, że mamy sobie radzić sami, a cena biletu nie obejmuje przewozu bagażu. Sprzedali więc komuś bilety na nadbagaż naszym kosztem. W końu nasze plecaki oraz czyjeś torby wylądowały na korytarzu, skąd musieliśmy je zabierać za każdym razem, gdy przejeżdzał wóżek z WARSu. A przejeżdżał chyba z pięć razy. Później, ku naszej frustracji, konduktorzy udostępnili przedział do przesyłek pasażerkom, z którymi flirtowali.

 

Jaki z tego morał? Wszędzie kiepsko, ale w Polsce najgorzej.

czwartek, 23 sierpnia 2007
Co ty wiesz o waginie?

Oto moja wagina:

Prawda, że piękna? Ja i mój partner dostaliśmy ją w prezencie ślubnym. Już niebawem dowiecie się więcej o pochodzeniu tej maskotki, a na razie możecie sprawdzić, ile tak naprawdę wiecie o waginie. :-)

Aby stawić czoła waginalnemu wyzwaniu należy przyjrzeć się poniższemu rysunkowi, a następnie kliknąć TUTAJ i wypełnić test.

Odpowiedzi i historia maskotki pojawią się na tym blogu już za tydzień. Powodzenia! Znajomość tajemnic waginy to pierwszy krok do seksualnego spełnienia (lub zaspokojenia partnerki). ;-)

22:13, m-a-g-a , INNE
Link Komentarze (15) »
wtorek, 21 sierpnia 2007
Dwie wizje ojcostwa i związku
Uwaga! Jeśli ktoś/ktosia nie czytał/a "Placu zabaw" Marka Kochana oraz "Man and boy" i "Man and wife" Tony'ego Parsonsa, a ma taki zamiar, niech lepiej nie czyta tej notki, bo może dowiedzieć się na temat fabuły więcej niż by chciał/a.
 

"Plac zabaw" i "Man and boy" zawierają szereg podobieństw. Obie powieści poruszają temat zaangażowanego ojcostwa i rozpoczynają się od opisu narodzin dziecka z perspektywy mężczyzny. Potem wizje obu autorów gwałtownie się rozchodzą...

Kochan ukazuje ojców, którzy z powodu trudności z znalezieniu pracy decydują się na wychowywanie dziecka w domu. Parsons wysyła matkę aż do Japonii, by uwiarygodnić to, że ojciec podjął się pełnoetatowej opieki nad dzieckiem.

Kochan opisuje szereg trudności związanych z opieką nad dzieckiem, chwile zwątpienia, furii i morderczych myśli. U Parsonsa prawdziwe dziecko jest praktycznie nieobecne. Po początkowych opisach trudności wychowawczych, jakie główny bohater ma ze stęsknionym za matką synkiem, synek ten zamienia się w blond figurkę bawiącą się mieczem ze Star Wars, która potrzebna jest do uzasadniania kolejnych zwrotów akcji. 

W książce "Man and wife", będącej kontynuacją "Man and boy", Parsons ukazuje drugie małżeństwo bohatera. Związek ten podobny jest do związku bohaterów Kochana. W obu ścierają się plany zawodowe partnerów - u Parsonsa pracującemu w telewizji Harry'emu nie podoba się założenie firmy cateringowej przez żonę, u Kochana sfrustrowany bohater nie ma czasu na pisanie doktoratu, bo priorytetem staje się kariera jego partnerki. Rozwiązanie tych problemów jest jednak u obu autorów diametralnie różne. Parsons proponuje ciążę bohaterki jako super lek na jej wybujałe zawodowe plany i odbudowanie małżeństwa. Tak, Cyd przez całą powieść zarzeka się, że rozwija firmę i nie ma czasu ani ochoty na drugie dziecko, ale Parsons pokazuje nam prawdziwą kobiecą naturę, podobnie zresztą jak czyni to w "Kronikach rodzinnych". Kochan również opisuje rozpadanie się związku i groźbę rozwodu, jednak na końcu pokazuje rozmowę partnerów i szansę na odbudowanie związku nie uciekając się do tak upraszczających i patriarchalnych chwytów jak Parsons.

Tak więc powieść Marka Kochana o wiele bardziej do mnie przemawia, nie licząc momentów, w których nieudolnie naśladuje on rymowane monologi Masłowskiej.
sobota, 18 sierpnia 2007
Ulice/pocztówka z wakacji 2
 
Genova
 
Como
 
Milano
piątek, 17 sierpnia 2007
Urwanie głowy

Prawdziwe urwanie głowy mieliśmy podczas podróży powrotnej. Błaha historyjka z poprzedniej notki (o jakimśtam, phi, niedziałającym systemie internetowej rezerwacji biletów) się przy tym wszystkim chowa. Drastyczne szczegóły wkrótce. Wróciłam.

Genova. Czy ktoś wie czym jest 'hato industry'?
wtorek, 07 sierpnia 2007
Pocztówka z wakacji

Uzależnienie od internetu dopadło mnie jednak nawet na wakacjach. ;-)

W pociągu InterCity siedziałam obok mężczyzny, któremu się wydawało, że jak kupi bilet przez internet, to oszczędzi na czasie. Biedaczek... Podczas kontroli biletów musiał wysłuchać wykładu konduktora na temat osób, które ośmielają się podróżować ze źle wydrukowanym potwierdzeniem zakupu (zabrakło informacji o dokonaniu przelewu). Pasażer miał w pociągu laptopa z dostępem do internetu i od razu pokazał konduktorowi kompletny dokument w wersji elektronicznej, ale to się nie liczyło. Musi być karteczka, nie ekranik... Tak więc po wysłuchaniu stosownego pouczenia dotyczącego możliwości reklamacji, mężczyzna zapłacił kartą za kolejny bilet. Niestety konduktor źle wprowadzil kwotę biletu i pomylił się przy jej anulowaniu. Zaraz potem zainkasował poprawną kwotę, więc nasz pechowy pasażer zapłacił za swój bilet trzy razy.

Jakieś słowa przeprosin ze strony konduktora? "To wszystko przez te biurwy z PKP".

 
1 , 2

Wolnościowa Toplista