opowieści z życia fe!misia
wtorek, 29 lipca 2008
Jądra w sosie pomidorowym
Seks(izm) w reklamie to niby żadna nowość, a jednak firmie Pamapol udało się mnie zaskoczyć. W osiedlowym sklepie zobaczyłam naprawdę zadziwiające plakaty. Owszem, promowanie gołąbków atrakcyjną kobietą wpisuje się w pewien polski standard, ale jak można było wpaść na pomysł reklamowania pulpetów w sosie zdjęciem mężczyzn trzymających się za jądra?!
 
 
Hm... O co chodziło autorom reklamy? Czy naprawdę jedząc pulpety tej firmy ludzie mają myśleć o spoconych jądrach sportowców z plakatu?
czwartek, 12 czerwca 2008
Za Polskę!
Durex wprowadził limitowaną edycję prezerwatyw "Poland Supporter". Biało-czerwone opakowanie ze zdjęciem piłkarzyków zawiera "5 prezerwatyw dla polskich kibiców". Czy to osobliwy sposób na edukowanie mężczyzn, którzy korzystają z kwitnącego podczas każdych mistrzostw handlu kobietami zmuszanymi do prostytucji? Cóż, kibice kojarzą mi się z seksem głównie w tym kontekście.
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Tresura w Smyku
Zabawki promujące stereotypy płciowe to nie jest temat nowy, ale tak jaskrawy przykład propagandy, jaki zobaczyłam ostatnio w Smyku, skłania mnie do odświeżenia tego tematu:
 
 
Co my tu mamy... Wielki napis "zabawki dla dziewczynek" (niestety niewidoczny na zdjęciu), pod nim zdjęcie wymalowanej dziewczynki, małej-dorosłej w pozie modelki, a wokół... różowy odkurzacz, różowy mop, różowa toaletka, różowe żelazko, różowa pralka, różowy mikser, różowe naczynia i różowa kasa sklepowa. Przekaz zaiste kompletny i nie pozostawiający cienia wątpliwości co do tego, do jakich celów wychowuje się dziewczynki.
piątek, 18 kwietnia 2008
Seksistowska reklama stara ale jara

Wkurza mnie, że trójmiejska Wyborcza ciągle publikuje na pierwszej stronie tą seksistowską reklamę:

Reklama okupuje też gdańskie bilbordy.

Kto to wymyślił? Wyobrażacie sobie, że ktoś zrobiłby reklamę: "Twój stary ma małego? Kup nowego forda z wiekszym bagażnikiem!"? Jakoś nie bardzo, prawda? Jakoś na tak chamskie i bezpośrednie obrażanie mężczyzn w reklamach miejsca nie ma. Ciekawe kiedy zabraknie go również na obrażanie kobiet. Na pociechę - najnowszy efekt AXE. ;-)
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Echo

Z czym Wam się kojarzy poniższa reklama warszawskiego centrum handlowego Arkadia?

Czy ta chorobliwie blada twarz, pasiak i numer zachęcają Was do zakupów? No tak, wiem, to tylko kod kreskowy i tak dalej... A jednak reklama wzbudza we mnie dużą niechęć i przywołuje jakieś odległe, niepokojące skojarzenia. Jako bilbord jest jeszcze bardziej upiorna.

wtorek, 31 lipca 2007
Tych kierunków unikaj (albo sprzedawaj seks)

Przeczytałam dzisiaj, że psychologia jest kierunkiem najgorzej ocenianym przez pracodawców. Dlaczego? Bo podobno na te studia idą ludzie, którzy mają problemy ze sobą. Niezłe. Przygnębiona tym, że nie dane mi będzie zostać zatrudnioną przez idiotę, nadal bezmyślnie błądziłam po internecie, aż nagle... natrafiłam na coś, co ukazało mi ogrom możliwości zawodowych, jakie jednak przede mną stoją:

Wygląda niewinnie, prawda? Ot, zwykła seksistowska reklama, zakamuflowane lizanie jąder. A jednak... to coś o wiele, wiele więcej! Link prowadził do kursu uwodzenia, dzięki któremu można zmienić swoje życie. Jeśli jest się napalonym facetem hetero, oczywiście.

Twórcy kursu kuszą militarnymi metaforami...

Poznasz technikę cytatu NLS, która pozwoli Ci ominąć system obrony każdej kobiety. Będziemy kontynuować niwelowanie jej oporu względem Ciebie (...).

Roztaczają wizje nieograniczonej władzy nad kobietami...

Nauczysz się też wywołać w kobiecie dowolny stan psychofizyczny, od zaufania do silnego podniecenia, w trakcie zwykłej, codziennej rozmowy - tylko za pomocą słów.

Obiecują zredukowanie wszelkich przejawów indywidualności u potencjalnych partnerek:

Konieczność bycia z Tobą, w jakikolwiek wybrany przez Ciebie sposób, stanie się najważniejszą rzeczą w jej życiu.

W dodatku, to chyba jasne, absolwenci szkolenia będą podrywać ładne, półnagie laski, a nie brzydkie baby w rozciągniętych swetrach. Zostało to w uroczy sposób przedstawione na planszy:

Niezorientowanym podpowiadam: kobiety zakreślone na zielono - przeciętne baby, kobiety zakreślone na czerwono - fajne laski. Absolwenci kursu doceniają te możliwości, sądząc opiniach takich jak ta:

Dziękujemy ci NLSie za hojne obdarowanie nas świetnymi i seksownymi dziewczynami i za to, że dałeś nam możliwość korzystania ze wszystkich ich uroków, byśmy mogli zapomnieć o brzydkich kobietach, do dotykania których zmuszała nas dawniej sytuacja.

Wspaniały multimedialny pokaz seksizmu i przedmiotowego traktowania kobiet. Czyżby to była jakaś histeryczna obrona facetów, którzy w tym zmieniającym się świecie obawiają się utraty przywilejów i jedynym ratunkiem jest dla nich zredukowanie kobiet do roli maszynek bezmyślnie odpowiadających na bodźce? Na to wygląda.

A to wszystko dzięki tak pogardzanej dziedzinie, jaką jest psychologia:

Dajemy Ci technikę, sprawdzoną naukowo metodę, wynik wieloletnich badań psychologów (...).

Zatem zamiast przekonywać pracodawców o swoim zdrowiu psychicznym, mogłabym rzucić resztki etyki w kąt i zastanowić się nad jakimś dochodowym biznesem. Hm.
piątek, 20 lipca 2007
Nasza kochana służba zdrowia

Nasz pseudo-miesiąc-miodowy zaczęłam bólem gardła, który w ciągu tygodnia przerodził się w poważniejsze objawy (oszczędzę szczegółów). Dzisiaj wróciłam więc do Trójmiasta i od razu poszłam się zarejestrować do lekarza. W rejestracji powiedziano mi, że mojej lekarki nie ma, ale jeśli nie chcę czekać na wizytę przez cały weekend, to mogę zapisać się na siedemnastą do doktora G. Tak też zrobiłam i po kilku godzinach udałam się znowu do przychodni na umówioną wizytę. Oczywiście ustalona godzina to w naszych przychodniach fikcja. Z reguły i tak osoby zapisane na późniejsze terminy przychodzą wcześniej i robią chaos w kolejce. Tym razem zaś lekarz przyjął rzede mną dwie niezarejestrowane panie - jedna chciała recepty dla chorej cioci, która nie mogła sama przyjść, inna prosiła bez kolejki o jakieś skierowanie. W końcu jednak udało mi się dostać do gabinetu. Doktor G. spojrzał w moją kartę i powiedział:

- A co pani tu robi?! Nie jest pani moją pacjentką, nie muszę pani przyjmować! Zamiast tego mogę zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie.

Moje tłumaczenia, że kiedy byłam w przychodni rano, mojej lekarki nie było, więc zarejestrowano mnie do niego, poskutkowały jedynie tym, że dr G. zaczął dzwonić do rejestracji, aby potwierdzić moją wersję. Przez pięć minut nie udało mu się jednak dodzwonić, więc zostawił mnie i zszedł do rejestracji, aby zrobić aferę (jego krzyki słyszałam siedząc piętro wyżej w zakniętym gabinecie). Kiedy wrócił, oznajmił:

- Nie lubię, kiedy się mnie okłamuje! Nie było tu pani rano, zarejestrowała się pani dopiero o 12.30! Co pani sobie myśli, że będzie pani chodziła do przychodni tak, jak pani wygodnie, zamiast chodzić do swojego lekarza o wyznaczonej godzinie! Nie będzie pani rozporządzać moim czasem!

Szczerze mówiąc TAK, chcę przychodzić tak, jak mi wygodnie. I cóż w tym dziwnego. W tym jednak przypadku jego uwaga była nietrafiona. Wygodnie to by mi było zostać poza Trójmiastem i tam iść do lekarza, ale próby uzyskania bezpłatnej porady lekarskiej poza miejscem zamieszkania też już kiedyś przerabiałam i wiem, czym to grozi.

Cała afera trwała jakieś 15 minut. 15 minut udowadniania mi, że nie mam prawa skorzystać z opieki zdrowotnej. W tym czasie zdążyłby mnie zbadać, no, ale zasady są jak widać ważniejsze. W końcu przyjęła mnie dr pediatra, która była w recepcji świadkiem całej awantury.

*** 

Jakiś czas temu widziałam na którymś z blogów notkę na temat protestów pielęgniarek, pod którą rozwinęła się dyskusja o jakości świadczonej przez nich opieki. No właśnie... Czuję dysonans, oglądając w TV kreowane na anioły cierpliwości pielęgniarki i wspominając moje szpitalne przygody. Z reguły stykałam się raczej ze zniecierpliwionymi, opryskliwymi kobietami, które pomiatały pacjentami i pacjentkami, a ich intymność miały gdzieś. Podobnie było z lekarzami i lekarkami.

Staruszki na neurologii wołające o zaprowadzenie do toalety, personel medyczny wesoło komentujący poronienia, zero pytań na temat tego, czy pacjentka zgadza się na obecność studentów przy intymnym badaniu, obchód bezceremonialnie zaglądający pacjentce w majtki przy otwartych drzwiach na korytarz, sprawne pacjentki zmieniające unieruchomionym pacjentkom baseny (które inaczej pewnie leżałyby we własnym moczu godzinami), leki pozostawiane przez starszych pacjentów neurologii w stołówce (nikt nie sprawdzał, czy nie zapomnieli ich przyjąć), seksistowskie uwagi lekarzy w stosunku do pacjentek, bezmyślność i brak zainteresowania tym, jakich chorych ma się na odzdziale ("A ty czego nie odpowiadasz? Niemowa czy co?" - rzucone przez pielęgniarkę do... niemej dziewczynki). W ciągu ostatnich kilku lat wszystko to widziałam na własne oczy.

Zazwyczaj wolę zapłacić 100 złotych i iść do prywatnego lekarza (który musi być miły, bo inaczej straci pacjentów). Z państwowego ginekologa już dawno zrezygnowałam (ach, te kolejki od 5 rano pod przychodnią i toaleta na kluczyk na drugim końcu korytarza). Pewnie sporo osób tak właśnie sobie radzi. Tylko dlaczego jednocześnie muszą opłacać usługi, z których nie są zadowoleni? Tak, wiem, z powodu sprawiedliwości społecznej. Aaaa. Bynajmniej nie zmniejsza to mojego wylewu frustracji.

czwartek, 05 lipca 2007
Sutki i marketing szemrany

Ostatnio sporo mówi się o marketingu szeptanym, czyli nowej formie reklamy, która ma ominąć sceptycyzm konsumentów, ukrywając się pod płaszczykiem zachwalających produkt, z pozoru niewinnych wypowiedzi 'zwyczajnych klientów'. To tak w dużym skrócie, oczywiście.

Tymczasem wydaje się, że w Polsce większą furorę robi na razie raczej 'marketing szemrany', czyli cenzura w służbie reklamy.

Zaczęło się od Teletubisia Tinky Winky. Czyż afera rozpętana przez Sowińską nie doprowadziła do wzrostu sprzedaży tych maskotek? Czy w innych okolicznościach, dorosła, bezdzietna osoba wpadłaby na to, żeby kupić sobie znaczek lub breloczek z Tinky'm? Wątpię. A ostatnio kupowanie takich gadżetów przez dorosłych nikogo już raczej nie dziwi. Sama kupiłam książeczkę-układankę, w której Tinky Winky szuka swojej torebki... Czy jestem ofiarą marketingu szemranego? No i jeszcze te czerwone torebki retro, które podobno przeżywają renesans!

A afera z lekturami? Czy to przypadek, że tuż po kontrowersyjnej wypowiedzi ministra edukacji księgarnie ochoczo eksponowały wiadome książki na wystawach? Podobno ich sprzedaż wzrosła.

Najbardziej jaskrawym przejawem wykorzystania cenzury w reklamie jest jednak 'afera' z książką Coelho. Na billboardach reklamujących "Czarownicę z Portobello" kobiecy sutek zasłonięto czarnym kwadracikiem. Dziwne, zwłaszcza w zestawieniu z wszechobecną telewizyjno-billboardową (pół)nagością i czasposimami spoglądającymi z witryn każdego kiosku. Czyżby wydawnictwo, tłumaczące cenzurę tym, że "żyjemy w takim kraju" wyciągnęło wnioski z teletubisiowej i lekturowej afery? Całkiem prawdopodobne. W końcu anty-kacze nastroje są popularne i łatwo jest dziś na nich zarobić (patrz: chomiks.com). Ludzie chcą (choćby w żałośnie małym zakresie) sprzeciwić się władzy, więc kupują biednego, ocenzurowanego Coelho. "Czarownica z Portobello" jest teraz numerem 1 na liście bestsellerów w Empiku. Pewnie sama dałabym się na to wszystko nabrać i kupiłabym tą książkę, gdyby nie to, że moja opinia o niej pokrywa się z recenzją z Przekroju (nr 25/3235). ;-)

Wolnościowa Toplista