opowieści z życia fe!misia
wtorek, 11 grudnia 2007
O kurczę!

A teraz coś z zupełnie innej beczki... 

 

Jakiś czas temu wracałam pociągiem z Warszawy. Na miejscach obok mnie i naprzeciwko mnie siedziały dwie panie, które postanowiły posilić się udkami i skrzydełkami kurczaka, roztaczając wokół siebie przykry zapach mięsa. No cóż, mnie uczono, że w podróży trzeba się starać jak najmniej absorbować sobą innych, a jedzenie intensywnie woniejących rzeczy jest szczególnie nie na miejscu w ciasnym i dusznym przedziale... Po posiłku panie dyskretnie wydłybywały sobie mięso z zębów.

Szczyt podróżnej ohydy? Też tak myślałam. Do wczoraj.

Wczoraj także wracałam z Warszawy. Obok i naprzeciwko mnie też siedziały dwie panie. Również jadły cuchnącego kurczaka. Również dłubały w zębach wyciągając z nich mięsne resztki. Jednak, po pierwsze, one nie robiły tego dyskretnie. Po drugie - to, co wydłubały, strząsały przed siebie na siedzenia i podłogę. Nie przesadzam.

 

Do Warszawy jeżdżę średnio raz w miesiącu. Zaczynam się już bać kolejnej podróży. Co jeszcze obrzydzającego mozna robić z kurczakiem w pociągu? Hm.
niedziela, 26 sierpnia 2007
Podróże kształcą

Doszłam już do siebie, więc powracam do obiecanych drastycznych szczegółów powrotu z wakacji.

Zaczęło się niewinnie. Około trzygodzinna podróż na lotnisko minęła szybko i bez sensacji. Na miejscu byliśmy tuż po północy.

W zatłoczonej poczekalni siedzieliśmy pomiędzy kolesiem o śmierdzących nogach (mmm, nie ma to jak adidasy zdjęte po długiej podróży...), a dziewczyną, która była tak miła, że dzieliła się z resztą podróżnych rąbanką ze swojego odtwarzacza mp3. Po pierwszej w nocy, kiedy zaczęliśmy już popadać w letarg, obsługa lotniska zaczęła wypraszać wszystkich do poczekalni po drugiej stronie ulicy, bo hala, w której siedzieliśmy, miała właśnie być sprzątana. Akurat przed trzecią zdążyliśmy przysnąć, kiedy druga poczekalnia doczekała się sprzątania i musieliśmy wrócić do pierwszej hali. Znaleźliśmy tam sobie super wnękę i kiedy koło czwartej znowu udało nam się zasnąć, obsługa lotniska zaczęła chodzić w kółko i wszystkich budzić, bo od godziny czwartej na lotnisku nie wolno już leżeć i spać. Trzeba siedzieć. Oczywiście na ziemi, gdyż niewygodnych ławeczek nie wystarczyło dla wszystkich. I tak doczekaliśmy do odprawy, która zaczynała się o szóstej. Czy naprawdę tak trudno jest urządzić wygodną poczekalnię i wprowadzić jakieś jasne zasady?

Lot nie dostarczył nam przykrych niespodzianek. No, może jedynie lądowanie w Katowicach było szokiem estetycznym.

Na dworcu w Katowicach spotkaliśmy wielu obcokrajowców, którzy usiłowali kupić bilety. Nie było to proste. Stojąca niedaleko nas młoda dziewczyna prosiła o bilet do "Warsaw". Pani w kasie bezradnie kręciła głową. "Nie rozumiem o co Pani chodzi, proszę mi to zapisać" - mówiła powoli i wyraźnie. "Warsaw, the capital of Poland" - podpowiedziała dziewczyna. "Niestety, nie wiem jakie to miasto, proszę mi to zapisać" - powtarzała zniecierpliwiona kasjerka. I to wszystko w dużym mieście, niedaleko międzynarodowego lotniska.

Podróż z Katowic do Warszawy spędziliśmy w przedziale z gburowatym księdzem. I nie był to bynajmniej jedyny luksus w tym pociągu. Drzwi do przedziału były bowiem super nowoczesne, a mianowicie wahadłowe. Jak by się je rozbujało, to dotykałyby przeciwległej ściany korytarza.

W Warszawie czekaliśmy kilkadziesiąt minut na opóźniony pociąg do trójmiasta. Kiedy wreszcie przyjechał, weszliśmy do naszego przedziału, w którym siedziało już pięć osób. Razem z nami wszedł chłopak wiozący obraz. Niestety, ani my nie mogliśmy nigdzie położyć naszych plecaków, ani on nie znalazł miejsca na obraz, bo wszystkie półki były już zajęte. Miejsca pod siedzeniami także były zajęte. Przez jedną osobę, która wykupiła cztery bilety za nadbagaż. Była to Ukrainka, która transportowała zwoje materiałów, prawdopodobnie na handel.

Przedział wyglądał mniej więcej tak:

Kiedy chłopak z obrazem chciał położyć swój pakunek na torbie Ukrainki, ta spokojnie odpowiedziała:

- Pan na to nie kładzie, jak ta torba spadnie, to może zabić. Od Przemyśla już trzy razy nam spadała.

Konduktorzy, proszeni o udostępnienie miejsca na torby innych pasażerów w przedziale do przesyłek, stwierdzili, że mamy sobie radzić sami, a cena biletu nie obejmuje przewozu bagażu. Sprzedali więc komuś bilety na nadbagaż naszym kosztem. W końu nasze plecaki oraz czyjeś torby wylądowały na korytarzu, skąd musieliśmy je zabierać za każdym razem, gdy przejeżdzał wóżek z WARSu. A przejeżdżał chyba z pięć razy. Później, ku naszej frustracji, konduktorzy udostępnili przedział do przesyłek pasażerkom, z którymi flirtowali.

 

Jaki z tego morał? Wszędzie kiepsko, ale w Polsce najgorzej.

wtorek, 07 sierpnia 2007
Pocztówka z wakacji

Uzależnienie od internetu dopadło mnie jednak nawet na wakacjach. ;-)

W pociągu InterCity siedziałam obok mężczyzny, któremu się wydawało, że jak kupi bilet przez internet, to oszczędzi na czasie. Biedaczek... Podczas kontroli biletów musiał wysłuchać wykładu konduktora na temat osób, które ośmielają się podróżować ze źle wydrukowanym potwierdzeniem zakupu (zabrakło informacji o dokonaniu przelewu). Pasażer miał w pociągu laptopa z dostępem do internetu i od razu pokazał konduktorowi kompletny dokument w wersji elektronicznej, ale to się nie liczyło. Musi być karteczka, nie ekranik... Tak więc po wysłuchaniu stosownego pouczenia dotyczącego możliwości reklamacji, mężczyzna zapłacił kartą za kolejny bilet. Niestety konduktor źle wprowadzil kwotę biletu i pomylił się przy jej anulowaniu. Zaraz potem zainkasował poprawną kwotę, więc nasz pechowy pasażer zapłacił za swój bilet trzy razy.

Jakieś słowa przeprosin ze strony konduktora? "To wszystko przez te biurwy z PKP".

Wolnościowa Toplista