opowieści z życia fe!misia
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Toksyczne relacje

Oto cytat z książeczki przygotowującej nastolatki do bierzmowania:

"Dzieci rodzą się z upadłą i skażoną grzechem pierworodnym naturą, dlatego potrzebują nowych narodzin".

Prawdziwa religia miłości... Czy odkaziliście już swoje toksyczne niemowlaki?

sobota, 22 grudnia 2007
Głupie babskie czytanie

Na stronie głównej bloxa wisi dzisiaj link do bloga o książkach. Klikam więc... i co widzę? Otóż widzę ciekawe motto:

To będzie blog o mało ambitnych książkach:
tych babskich,
tych, o których się zapomina zaraz po przeczytaniu,
tych, przy których nie trzeba za dużo myśleć,
tych, które czytam... 

No cóż... autorkę pozdrawiam i życzę większej wiary w kobiecy intelekt.

wtorek, 27 listopada 2007
MultiKulti

Polecam nowy portal o różnorodności i tolerancji:

 

MultiKulti

Na portalu można m.in. przeczytać ciekawe teksty, zagrać w grę w życie, wyszukać informacje o zbliżających się równościowych imprezach i poznać antydyskryminacyjne organizacje pozarządowe.
sobota, 08 września 2007
Przezabawne molestowanie?

Baner umieszczony w portalu stopklatka.pl reklamuje film "Twarda sztuka" ("Georgia Rule") jako "najzabawniejszą komedię o kobietach dla kobiet". FilmWeb.pl z kolei określa ten film jako dramat/komedię romantyczną.

Nie bardzo rozumiem, co zabawnego i romantycznego jest w molestowaniu seksualnym dziewczynki przez ojczyma, które jest głównym wątkiem tego filmu...

Podkreślanie, że jest to film twórcy "Pretty Woman", upewnia mnie w przekonaniu co do źródła tych dziwnych zabiegów reklamowych. Otóż najwyraźniej uznano, że kobiety chodzą do kina tylko na komedie romantyczne, więc nawet film należący do innego gatunku opłaca się zareklamować w tym stylu, żeby przyciągnąć je na seans. To, że przy okazji bagatelizuje się problem przemocy wobec kobiet, nie jest istotne.

Owszem, "Twarda sztuka" jest komediodramatem, nie jest to film śmiertelnie poważny, ale nazywanie go komedią romantyczną jest jednak grubą przesadą. Chyba, że zmienia się pojęcie filmowego romansu, do którego w dzisiejszych czasach zaliczyć można nawet molestowanie nieletnich.

piątek, 07 września 2007
I żyli długo i (u)ciążliwie...

Ostatnio widziałam kilka filmów, które poruszały tematykę związków - trudności w ich tworzeniu, utrzymywaniu, odbudowywaniu, ratowaniu. Mimo, że bohaterowie i bohaterki poszczególnych filmów znacznie się od siebie różnili i doświadczali bardzo różnych problemów w swoich relacjach, to jednak na końcu reżyserzy udowadniali nam, że związek jednak stał się szczęśliwy... dokładnie w ten sam sposób.

W ostatnich scenach "The Good Night" ("Dobranoc, kochanie") widzimy, jak Paul, przyjaciel głównego bohatera, który był przecież w trakcie rozwodu, wrócił do żony, która, w zaawansowanej ciąży, krząta się teraz wokól niego. Ten film jest co prawda specyficzny i z pewnych względów nie możemy traktować zbyt poważnie jego zakończenia, jednak ciążowy chwyt jest naprawdę często i ochoczo stosowany w kinie.

Komedia "Miłość i inne nieszczęścia" kończy się sceną porodu Jacks (z cyklu "a year later" - A więc jednak związała się na stałe z tym Argentyńczykiem, och!). Co ciekawe, w "Miłości..." widzimy jedną z bohaterek, jak ogląda "Notting Hill", a konkretnie końcowe sceny tego filmu, w których ciężarna Julia Roberts (Anna) leży na ławce w parku, przytulona do Hugh Granta (Williama).

"Rozstania i powroty" kończą się z kolei sceną, w której główny bohater ostatni raz spogląda na swoją kochankę i odwraca się do stojącej w biurze żony, z którą zdecydował się pozostać. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że widać u niej w tej scenie niewielki ciążowy brzuszek. To moja nadinterpretacja czy celowe niedopowiedzenie? Nie wiem. Za to na pewno w "Moim wielkim greckim weselu" nie ma żadnych niedopowiedzeń. Zakończenie ukazuje nam bohaterów zajmujących się kilkuletnią córeczką.

Jakie przesłanie kryje się za tym wszystkim? Że ciąża jest dowodem na satysfakcjonujący związek? Że ciąża jest sposobem na satysfakcjonujący związek? Może to jakaś nowa wersja "i żyli długo i szczęśliwie"? Zamiast kształtnego brzuszka i rozanielonego tatuśka wolałabym jednak zobaczyć jak zmieniają związek zmagania z krzyczącym niemowlakiem.

PS. Ja naprawdę nie dobrałam tych przykładów z premedytacją. Ot, filmy które ostatnio widziałam, głównie przypadkowe wybory z wypożyczalni DVD. Owszem, trochę zboczyłam w kierunku komedii romantycznej, ale bez przesady. Zresztą "Rozstania i powroty" miały być dramatem obyczajowym.
 
Niedługo zamierzam iść do kina na "Irinę Palm". Tego filmu chyba nie da się zakończyć w ciążowy sposób? Błagam.
wtorek, 21 sierpnia 2007
Dwie wizje ojcostwa i związku
Uwaga! Jeśli ktoś/ktosia nie czytał/a "Placu zabaw" Marka Kochana oraz "Man and boy" i "Man and wife" Tony'ego Parsonsa, a ma taki zamiar, niech lepiej nie czyta tej notki, bo może dowiedzieć się na temat fabuły więcej niż by chciał/a.
 

"Plac zabaw" i "Man and boy" zawierają szereg podobieństw. Obie powieści poruszają temat zaangażowanego ojcostwa i rozpoczynają się od opisu narodzin dziecka z perspektywy mężczyzny. Potem wizje obu autorów gwałtownie się rozchodzą...

Kochan ukazuje ojców, którzy z powodu trudności z znalezieniu pracy decydują się na wychowywanie dziecka w domu. Parsons wysyła matkę aż do Japonii, by uwiarygodnić to, że ojciec podjął się pełnoetatowej opieki nad dzieckiem.

Kochan opisuje szereg trudności związanych z opieką nad dzieckiem, chwile zwątpienia, furii i morderczych myśli. U Parsonsa prawdziwe dziecko jest praktycznie nieobecne. Po początkowych opisach trudności wychowawczych, jakie główny bohater ma ze stęsknionym za matką synkiem, synek ten zamienia się w blond figurkę bawiącą się mieczem ze Star Wars, która potrzebna jest do uzasadniania kolejnych zwrotów akcji. 

W książce "Man and wife", będącej kontynuacją "Man and boy", Parsons ukazuje drugie małżeństwo bohatera. Związek ten podobny jest do związku bohaterów Kochana. W obu ścierają się plany zawodowe partnerów - u Parsonsa pracującemu w telewizji Harry'emu nie podoba się założenie firmy cateringowej przez żonę, u Kochana sfrustrowany bohater nie ma czasu na pisanie doktoratu, bo priorytetem staje się kariera jego partnerki. Rozwiązanie tych problemów jest jednak u obu autorów diametralnie różne. Parsons proponuje ciążę bohaterki jako super lek na jej wybujałe zawodowe plany i odbudowanie małżeństwa. Tak, Cyd przez całą powieść zarzeka się, że rozwija firmę i nie ma czasu ani ochoty na drugie dziecko, ale Parsons pokazuje nam prawdziwą kobiecą naturę, podobnie zresztą jak czyni to w "Kronikach rodzinnych". Kochan również opisuje rozpadanie się związku i groźbę rozwodu, jednak na końcu pokazuje rozmowę partnerów i szansę na odbudowanie związku nie uciekając się do tak upraszczających i patriarchalnych chwytów jak Parsons.

Tak więc powieść Marka Kochana o wiele bardziej do mnie przemawia, nie licząc momentów, w których nieudolnie naśladuje on rymowane monologi Masłowskiej.

Wolnościowa Toplista